Krzysiek Markuszewski, autor poniższego tekstu, w ostatnich dniach 2004 r. zwiedzał Ukrainę wraz z misją obserwatorów trzeciej tury wyborów prezydenckich.
Ukraina – państwo już osobne
Latem 2000 roku siedziałem na werandzie kawiarni usytuowanej na nadmorskim bulwarze Fieodosii na Krymie. Miejsce prześliczne, późny ciepły wieczór i tłumy
spacerujących wczasowiczów. Zaraz za promenadą jest plaża, a w morzu kąpało
się sporo osób, w tym dziewczyny, przy słabym oświetleniu nie zawsze pamiętające
o założeniu kostiumu – było na co patrzeć... Nagle w przelewającym się
leniwie tłumie kilku młodych ludzi – chyba nawet wcale nie pijanych – zaczęło
skandować: Kijew, Kijew, Kijew! W jednej chwili zbiegli się młodzi ludzie,
nawet dziewczyny z wody – pamiętam to dobrze – wyskoczyły i szybko zaczęły
się ubierać! Uformował się pochód. Nie byli agresywni, choć oczywiście
milicjanci rozsądnie udawali, że nic się nie dzieje. Skandowanie słychać było
w całej pewnie starej, czyli kuracyjnej części miasta. To już było parę
tysięcy ludzi dosłownie ściekających uliczkami dochodzącymi do promenady. Równocześnie
nie mniejsze masy ludzi wyraźnie wycofywały się z miejsca zdarzeń – to
byli Rosjanie z Rosji... Tatarzy obsługujący szaszłykarnie, handlujący
gotowanymi rakami, małżami i pilawem – w tłumie ich stoiska mogły być
przecież dosłownie zmiecione – przyjaźnie pomachiwali rękami. Pośpiesznie
wszedłem między ludzi, nawet dopiero następnego dnia uregulowałem niewielki
rachunek. Młodzi, bo przeważała młodzież, oczywiście skandowali, ale
przecież i gadali. Wokół było słychać język rosyjski, nie ukraiński...
No i ten Kijew, Kijew, wykrzykiwany ze znanymi mi emocjami. Aż za dobrze pamiętam:
Solidarność, Solidarność, Solidarność...
W tłumie spotkałem znajomą – nauczycielkę z Kijowa. Ukrainka, w szkole i w
urzędzie (tylko dzięki półtorej etatu wiązała koniec z końcem za jakieś
smutno niskie zarobki) mówiła po ukraińsku, a w domu, z rodzicami – po
rosyjsku. Jej koleżanka, Rosjanka z Kijowa, też wykrzykiwała imię swego
rodzinnego miasta. A przecież, dwa dni wcześniej, w herbaciarni w Koktebelu,
spontanicznie, wespół z kilkunastoma przygodnymi przecież plażowiczami, którzy
chwilę chcieli odpocząć od słońca, obie ślicznie odśpiewały ukraińskie
dumki...
Na Ukrainie, jako obserwator trzeciej tury wyborów, byłem krótko. Prawdę
powiedziawszy – większość czasu spędziłem w autobusie. Jednak dwa
wieczory – przed i po wyborach – spędziłem na Majdanie Niezałyżnosti.
Rozmawiałem z ludźmi.
To nie była gdańska Stocznia. To nie było tak, że wybuchł solidarnościowy
strajk w sprawie suwnicowej Walentynowicz. To nie było tak, że Wałęsa
przeskakiwał płot w najśmielszych snach nie śniąc, że jest to skok ku
Niepodległości. Tu było więcej socjotechniki. Po sfałszowanych wyborach
miasteczko namiotowe najpierw rozbili kibice Dynama Kijów. Półtorej roku temu
zajadle potrafili się tłuc z milicjantami po meczu z Moriakiem w Odessie.
Ranni słali się na trotuarze po obu stronach. Relacji wysłuchałem dzień po
fakcie od polskich dyplomatów w tym mieście. Oni byli świadkami – bój
toczył się za płotem konsulatu. A dla wielu młodych Dynamo jest kwintesencją
ukraińskości. W każdym razie na wspomnianym meczu znaczna część odeskiej
widowni kibicowała Dynamu. Też się tłukli, ale oddziałem szturmowym byli
kijowianie.
Tak więc miasteczko rozbili kibice. Zrobili to oczywiście w porozumieniu ze
sztabem Juszczenki. Zresztą – większość kibiców już przedtem zaangażowała
się w kampanię wyborczą. Dynamo – paradoksalnie - niegdyś resortowy klub
NKWD – to jest to miejsce, w którym kiedyś może przyszli archeolodzy szukać
będą pozostałości ukraińskiej Stoczni?
To nie są żarty. Tam na bulwarze w Fieodosiii też nie było dopowiedziane –
co i po co się skanduje? Czy na sławę Kijowa, a przecież tam byli nie tylko
kijowianie, na potęgę Dynama, na siłę ukraińskiej hrywni, która dużo
mocniej się trzyma niż rosyjski rubel i co bywa przedmiotem autentycznej dumy,
czy wreszcie za prawdziwą niepodległość Ukrainy? Tego pewnie nie wiedzieli również
sami uczestnicy. Ale miasteczko namiotów powstało po to, by niepodległość
była niepodległością. Oczywiście – idolem jest Juszczenka. Ale tylko o
tyle, o ile jest medium ku tej prawdziwej niepodległości wiodącym. Warto
jeszcze wspomnieć – ci kibice to studenci, absolwenci stołecznych uczelni. W
każdym razie oni zaczęli i doskonale wiedzieli – czego chcą. Zaraz potem
dojechali inni: najwięcej i najszybciej z Galicji, z Zakarpacia, ale zaraz
potem z całej Ukrainy, także z Charkowa, z Donbasu, z Dniepropietrowska. Większość
spośród przybyłych nie należy do żadnej partii politycznej. Bo na Ukrainie,
jak i w Polsce, partiom politycznym raczej się nie ufa. I zresztą – jest tam
po temu jeszcze więcej powodów, niż nad Wisłą. Do niedawna nie wierzono
zresztą w autentyczną Ukrainę – jakoś mentalnie nie potrafiła ta Ukraina
zrzucić z siebie kontekstu rosyjskiego, nawyków tresury sowieckiej. Warto pamiętać
– Stalina w praktyce – statystycznie rzecz biorąc – przeżyli tylko ci,
którzy jakoś tam, zwykle głęboko, w stalinizmie się unurzali. Pozostałym
zaaplikowano po siedem gram w potylicę! Oczywiście – mówię jedynie o
statystyce. Niemcy też mordowali, siłą rzeczy, tylko tych, którzy w
czterdziestym pierwszym nie uciekali w ślad za armią czerwoną. Ta ostatnia
uwaga zresztą nie dotyczy samego Kijowa – podczas ucieczki z kijowskiego kotła
miejsca w samolocie starczyło tylko dla Chruszczowa.
Wybór Juszczenki nie jest wyborem sprawniejszego polityka. Pod tym względem
Janukowycz może nie jest gorszy? Z całą pewnością istnieje wiara, że
Juszczenka ograniczy korupcję. Ale przecież wszyscy wiedzą, a w każdym razie
każdy, kto na Ukrainie chce wiedzieć, to wie, że część miejscowych
multimilionerów postawiła na Juszczenkę. Postawiła nie tylko dobre słowo,
choć i ono tam wiele znaczy, ale i pieniądze. Pieniądze nie koniecznie będące
świadectwem ich karier od pucybuta do oligarchy... Zresztą – to jest jasne
– gdy ktoś już zdobył miliony, to często bardzo, ale to bardzo chce żyć
w kraju praworządnym, w którym te pieniądze są bezpieczne!
Wybór Juszczenki jest wyborem cywilizacyjnym. Jest wyrazem intencji większości
wyborców ukraińskich znalezienia się w obrębie cywilizacji zachodniej. Często
intencji będącej wyrazem marzenia, żeby się żyło jak w amerykańskich
filmach. Ale czy w Polsce, w czerwcu’89, było inaczej? A w Czechach, na Węgrzech,
w NRD? A w Portugalii, gdy tamtejsze wojsko zaaplikowało swym rodakom rewolucję
kwiatów? Rozmawiałem z konsulem polskim w Kijowie. Zna kraj i martwi się –
czy Ukraińcy wiedzą, z iloma to się będzie wiązać wyrzeczeniami, ile nawyków
przyjdzie odrzucić? A co się stanie ze starzejącą się wsią kołchozową
– jakiemu farmerowi potrzebni będą, zapijaczeni zwykle, dzisiejsi
czterdziestolatkowie? W Fieodosii już takiego jednego poznałem – 800 hektarów
na Krymie – używa ciągników MTZ – białoruskich, bo tanie i jego ludzie
potrafią je obsługiwać. Ale do dwóch nowych kombajnów, zresztą polskich,
mechanika ściągnął spod Równego na Wołyniu. Ten farmer, jak na miejscowe
warunki, płaci rewelacyjną dniówkę – 40 hrywni. Ale nie wszystkim
miejscowym – wszyscy wcale nie są mu potrzebni. Paru starszych zatrudnia jako
stróżów, bo na razie i tak nikt nic nie kradnie, więc po co młodzi, ale więcej
nie potrzebuje i basta... Konsul dobrze wie, że Ukraina jest nieco bardziej
obszerna, niż obfitujące w dawne pegeery polskie Ziemie Zachodnie i Północne.
Czy jednak konsul ma rację – to inna sprawa. Rewelacyjna koniunktura na stal
i węgiel z Donbasu, Dniepropietrowska, fundament dzisiejszego wzrostu
gospodarczego Ukrainy, rozpłynie się wraz z hossą budowlaną w Chinach. Jeśli
nie zmienią się struktury nie tylko gospodarcze, ale społeczne, polityczne,
Ukraina wpadnie w jeszcze większą nędzę, niż sześć lat temu, gdy tej nędzy
było dno. Ukraińskie kopalnie są dużo mniej wydajne, niż polskie, a ukraińskie
huty też są mniej nowoczesne. Tak czy inaczej przyjdzie to zmienić, pomimo,
że górnik kontentuje się zarobkiem studolarowym. Niepodległość ukraińska
będzie miała gorzki smak. Jednak, panie konsulu, postsowiecka Ukraina nie jest
słodyczą, a nie stwarza żadnej perspektywy na przyszłość.
Na wschodzie Ukrainy zawsze Ukraińcy mieszali się z Chachłami – ludźmi o
świadomości narodowej podzielonej, niewykrystalizowanej. Wprawdzie podczas
wojny większość elit wojskowych i znaczna część politycznych wywodziła się
z Chachłów, lecz ci dawni, wraz z ukraińskimi sąsiadami, na wschodzie
Ukrainy wymarli podczas Wielkiego Głodu. Donbas, Charkowszczyzna, obłaść
dniepropietrowska, a nawet odeska i chersońska, zalane zostały osadnikami z całego
sowietowa przysyłanymi prosto po kołchozowych szkołach z nakazami pracy. Być
może – siłą rzeczy – najwięcej jest wśród nich Rosjan, ale nie brak
jest byłych Uzbeków, Ormian, Jakutów, a zresztą i Polaków. Ich ojczyzną
naprawdę stał się zeteseser. Ich przodkowie i tak zanosili z wdzięczności
modły do boga, być może zresztą jakiegoś sowieckiego, że los i komsomoł
nie zesłał ich na kazachską celinę. Tam były dużo bardziej traperskie
warunki...
Zasiedlane wymarłe wsie, gwałtownie rozbudowujące się miasta, zamieszkane są
przez ludność wywodzącą się spośród ponad stu narodów byłego ZSSR, ale
rosyjskojęzyczną. Putin w niejednym swym wystąpieniu wygłosił nie jedno
wielkoruskie draństwo. Ale akurat, ciągle jeszcze bardzo wielonarodowa Rosja,
zawsze będzie musiała być państwem i narodowym i – poniekąd – pozwolę
sobie tak to określić – obok narodowym. Tatarzy i Baszkirzy nie słyną z
zaufania do tego, co rosyjskie. Zakaukazie stanowi problematykę, a raczej
dramat ogólnie znany. Dalecy Jakuci czy Ewenkowie właśnie rozpoczęli ruch na
rzecz trzeźwości. W Rosji długo jeszcze będą powody, by odwoływać się,
choćby z braku innego neutralnego, do etosu sowieckiego.
Krym, Tauryda, jak zresztą i Naddniestrze, ale to poza tematem, bo to w sąsiedniej
Mołdawii, zasiedlane były emerytowanymi wojskowymi, giepistami, czasem
aparatczykami, którzy w swoim regionie tak narozrabiali w imię władzy
sowieckiej, że zasłużony wypoczynek wypadło im wybrać w lepszym klimacie.
Najszczęśliwsi przejęli doskonałe zwykle domostwa po wysiedlonych podczas
wojny Tatarach krymskich, po wymordowanej przez ludzi Stalina starej
inteligencji. Inni zbudowali sobie domki – siłą rzeczy dość ładne, bo z
miejscowego, bardzo miękkiego wapienia. Często sami emeryci już nie żyją,
ale żyją ich potomkowie, nie rzadko również emeryci wojskowi i policyjni,
prawie zawsze utożsamiający się z państwem rosyjskim, a nawet wręcz z
tradycją rosyjskiej mocarstwowości. Trzeba widzieć, ż jaką dumą patrzą w
niebo, gdy wzdłuż morskiego brzegu leci rosyjski samolot wojskowy, jakiś Su
czy Mig z Sewastopola... Są też, dużo mniej liczni, powracający Tatarzy
krymscy, którzy miejscowym ludziom postsowieckim nie starają się oszczędzać
przypomnień, jak to tak naprawdę było z ich własnością. Na Krymie to
Tatarzy byli za Juszczenką.
Wprawdzie przed trzecią turą wyborów w Charkowie zwołano cały zjazd
wschodnioukraińskiej biurokracji na rzecz secesji i włączenia się do Rosji,
ale to była bzdura. Bzdura, bo Donbasem, Ługańskiem, czy Dniepropietrowskiem
rządzą oligarchowie, właściciele nierzadko miliardowych fortun ulokowanych w
górnictwie, hutnictwie, przemyśle metalurgicznym i maszynowym, dla których
najważniejszym, takim na śmierć i życie konkurentem, jest przemysł rosyjski
i tamtejsi oligarchowie. Nawet jeśli Juszczenka jakoś uszczupli fortuny
Janukowycza i jego kumpli, to i tak nie będzie to gorsze, niż doszlusowanie do
nasyconego tymi samymi branżami rynku rosyjskiego. Autonomia nie jest też żadnym
rozwiązaniem, bo przecież już niedługo cała Ukraina będzie musiała robić
zrzutkę, znamy to z polskich realiów, na restrukturyzację dziś zwykle
rentownych firm, ale to chiński zbieg okoliczności – przemysłu
wschodnioukraińskiego. No bo komu jest potrzebna produkcja największej na świecie
fabryki czołgów w fabryce lokomotyw w Charkowie? Kto kupi węgiel wydobywany
nadal, jak za króla Ćwieczka, za pomocą dynamitu, kilofa i szufli?
Oczywiście – Ukraina ma jedyne w tej chwili poważne na świecie złoża
metalu, którego nazwy zapomniałem (ale nie warto z tego powodu lekceważyć
informacji – to chyba jakiś skand, choć mogę się mylić), który zaczyna
być hitem w produkcji broni na miarę tytanu. Swoją drogą – czyż choćby z
tego powodu USA może ignorować losy państwa nad Dnieprem? Łatwo się
przekonamy o wadze faktu mierząc entuzjazm wielkich tego świata, gdy gorset
postsowiecki zrzucać będzie Białoruś. Tam istotnych kopalin jest niewiele...
Ukraina wybrała kurs na odrębność od Rosji. Nieuchronnie kształtuje się
naród, także za Zbruczem, będący narodem osobnym. Dziś wschodnia Ukraina
kwitnie (warto pamiętać – kwitnie tak, że przy niej Górny Śląsk jest
wesołą, słoneczną krainą), ale choć tamtejsze hutnictwo zapewne zawsze będzie
potęgą, to z pewnością nie będzie miejscem, w którym łatwo będzie o pracę.
Gdy Ukraina będzie krzewić, bo będzie musiała krzewić – kulturę ukraińską,
to na wschodzie może to być, a raczej musi być odbierane jako akt agresji.
Jednak nie sądzę, by to była sytuacja beznadziejna. Większość ludzi i tak
nie czyta gazet, nie rozumie treści dzienników telewizyjnych. Ukraińców
zwykle nie jest stać na spędzanie wieczorów poza domem. Po pracy, jeśli ją
mają, jedzą, co tam mieli w lodówce, a z tym często jest krucho – na
czacie bigmir – gdzie czasem zachodzę, ludzie siłą rzeczy zamożniejsi, bo
użytkownicy internetu, często piszą, co sobie właśnie przyrządzają, jedzą,
lub będą jeść. Taki lokalny obyczaj – ja nie przepadam za kaszą z omastą
z margaryny i kiszonkami. Otóż wyobraźnię społeczną współczesnych Polaków
nie mniej od realnego życia meblują mydlane seriale, słabo służące
rozwojowi intelektualnemu telekonkursy. Na Ukrainie są to zwykle produkcje
meksykańskie, wenezuelskie, jak twierdzą socjologowie, mające zbawienny wpływ
na odbudowę miejscowego etosu rodzinnego. Po prostu w Ameryce Południowej –
i to w tych serialach ponoć rzuca się w oczy – rodzina bywa ważniejsza, niż
w słowiańskim obszarze postradzieckim. Ludziom skupionym wokół Juszczenki
dotychczas nie brakowało umiejętności wpływania na postawy społeczne. Tak
sobie myślę, a przecież mechanizmy związane z tasiemcami filmowymi nie są
jedynymi, że jakoś sobie z tym poradzą. I warto pamiętać – postsowieccy
nie ukraińscy mieszkańcy Ukrainy naprawdę stoją przed trudnymi wyzwaniami
– odnalezienia się w państwie narodowym!
Osobnym problemem będą skutki tej dzisiejszej, chyba już ostatecznej secesji
Ukrainy od Rosji dla Rosji. To jest unikalna szansa na poszukiwanie nowej, nie
imperialnej formuły państwa. Przecież wielkoruski kurs Putina skompromitował
się. Wprawdzie po złości zaraz po klęsce w Kijowie odrąbał Abchazję od
Gruzji, nadając miejscowym obywatelstwo rosyjskie, ale Abchazja jest żałośnie
mała i produkuje jedynie dość kwaskowate mandarynki. I zresztą jeszcze nie
wiadomo, czy i tam nie przyjdzie kiedyś podwijać ogon?
W Rosji jest zbyt mało ludzi. Na dodatek ci naprawdę najzdolniejsi uciekają
na Zachód – to są już miliony. Rosja będzie ściągać do siebie Rosjan z
obszaru postradzieckiego, bo musi. Czy również rosyjskich mieszkańców
Ukrainy? Nie jestem pewien, czy będzie miała, akurat ich, mieszkających na
Ukrainie, w której przyszłość wierzę, czym kusić?
Kiedyś, chyba dwanaście lat temu, jadąc jesienią z Odessy do Kiszyniowa,
wpadłem na pomysł, by zatrzymać samochód i obejrzeć stojące pięć metrów
od szosy krzaki winorośli. Poczyniłem tylko jeden krok poza beton szosy i ugrzęzłem
jedną nogą w rozmoczonym deszczem czarnoziemie tak na czterdzieści centymetrów
do pół metra. Druga noga szczęśliwie została na betonie. Inaczej popłynąłbym
jeszcze trochę centymetrów głębiej.
Zdaje się – za dziesięć lat Unia Europejska planuje podjęcie drastycznych
redukcji dopłat do swego rolnictwa. To oczywiście musi skutkować
zmniejszeniem się skali produkcji choćby dlatego, że tak intensywna, a zatem
i kosztowna produkcja, jak dziś, nie znajdzie swego uzasadnienia ekonomicznego.
Jak wiem, jedną z intencji jest otwarcie rynku europejskiego na produkcję
pochodzącą z krajów dziś zapóźnionych. Wiem też dobrze, że współczesna,
bardzo rozległa Ukraina, jest pełna anachronizmów, świadectw owego zapóźnienia.
Już mój dziadek śmiał się, że gdy na Ukrainie dziecko zgubi na podwórku
drewniany klocek, to będzie to fakt nieobojętny dla świata przyrody – z
tego klocka wyrośnie rozłożyste drzewo. Bardzo wierzę w europejską przyszłość
Ukrainy. I cieszę się...
Krzysztof Markuszewski