Kiedy
rozpoczęłaś współpracę z "Biuletynem Informacyjnym"?
-
We wrześniu 1976 roku, natychmiast po obronie pracy magisterskiej, zgłosiłam
się do Jacka Kuronia, mówiąc, że chcę coś robić. Wtedy już jakieś
numery "Biuletynu" czytałam, pamiętam, jak wydziwiałam, że jest zła
interpunkcja i literówki. I Jacek wysłał mnie do nich. Wtedy w redakcji byli
Seweryn Blumsztajn, Jaś Lityński, który w 1977 roku przeszedł do pisma
"Robotnik", Antoni Libera, Adam Wojciechowski. Potem odszedł
Wojciechowski, a dołączył Mietek Grudziński, Gienek Kloc, Janusz Przewłocki
i redaktorka „Komunikatu
Komitetu Obrony Robotników” Anka Kowalska. A ja pozostałam w "BI"
już do końca, pełniąc – dziś bym tak to nazwała, bo w
"Biuletynie" nie było oczywiście hierarchizacji i stanowisk –
funkcję sekretarza redakcji.
"Biuletyn"
był jeszcze wtedy wydawany w maszynopisie?
-
Chyba do 13 numeru ukazywał się wyłącznie w maszynopisie. Na naszej starej,
solidnej maszynie do pisania, którą
ktoś nam podarował, można było uzyskać aż 10 kopii. Musiałam tylko bardzo
mocno walić w klawisze. Oczywiście pisało się na cienkim jak bibułka
papierze przebitkowym. Jeden egzemplarz zostawiałam, a dziewięć szło do różnych
osób, które rozmnażały je w sześciu, ośmiu czy dziesięciu kopiach. Potem
traciliśmy kontrolę nad nakładem, ale wiem, że „Biuletyn” krążył
po różnych opozycyjnych środowiskach, docierał do innych miast.
Dlaczego
"Biuletyn"? Istniał już przecież "Komunikat KOR"?
-
Nie wszystko mieściło się w formule "Komunikatu KOR", który pisany
był językiem maksymalnie skondensowanym, zwanym zresztą powszechnie
"korkowcem". A "Biuletyn" od początku miał ambicje
dziennikarskie. Obok informacji nieśmiało proponował jakąś publicystykę,
rozglądaliśmy się za reportażem, mieliśmy felietony, pisaliśmy na temat
kultury. Było to pismo, które towarzyszyło rodzącej się opozycji, a w ślad
za KOR-em powstawały różnorakie inicjatywy, chłopskie, robotnicze,
studenckie, były listy protestacyjne, nowe pisma itp. Staraliśmy się jednak,
by nie było to pismo, które się dusi we własnym opozycyjnym sosie. Próbowaliśmy
opisywać tę rzeczywistość, której z powodu ograniczeń cenzuralnych nie mogła
opisać oficjalna prasa. Debiutował u nas jako publicysta gospodarczy Waldemar
Kuczyński. Stanisław Barańczak prowadził popularną rubrykę "Książki
najgorsze", którą wyrzucono mu bodaj z pisma „Student”, bo był
członkiem KOR-u, a może dlatego, że pastwił się tam nad milicyjnym kryminałem.
Mieliśmy poczucie, że ważne jest to, co się dzieje w całym bloku sowieckim.
Obserwowaliśmy również, co dzieje się w Kościele.
Jak
mogłabyś określić usytuowanie polityczne "BI"?
-
"BI" był związany z jedną z opcji korowskich, choć wtedy te podziały
nie były takie znaczące, jak stały się później.
W
"BI" podawano nazwiska
redakcji? Skąd to się wzięło?
-
Na początku nie było stopki. Chyba w marcu 1977 roku redakcję
"Biuletynu" aresztowała bezpieka. I wtedy ukrywanie naszych nazwisk
przed czytelnikami, nazwisk znanych już milicji, dzielenie tej tajemnicy z nią,
wydało nam się absurdalne.
Czym
praca w redakcji "BI" różniła się od pracy powiedzmy w
"Gazecie Wyborczej", w której dziś pracujesz?
-
Na początku nie mieliśmy żadnych kanałów informacyjnych. Zbieranie materiałów
polegało na kręceniu się po Warszawie i rozmowach z ludźmi, wiązało się z
pewnego rodzaju redakcyjną czujnością. Chodziło o to, żeby wyłapywać z
opowieści ludzi, co się dzieje w ich środowiskach, miejscach pracy, np.
represje, sprawy utajniane przed opinią publiczną. Oczywiście słuchało się
też Wolnej Europy, ale z niej chyba nie korzystaliśmy nadmiernie. Spotykaliśmy
się w różnych miejscach, nie mieliśmy przecież lokalu redakcji. Jeszcze
jednym źródłem informacji były "rewizje", które robiłam u Jacka
Kuronia nim przyszła tam bezpieka. Miałam zwyczaj, za jego zgodą ma się
rozumieć, grzebania mu w szufladach i na biurku, ponieważ dość szybko dom
Jacka, stał się miejscem, gdzie ludzie z całej Polski słali listy, dzwonili.
I jeszcze jedna istotna różnica. Teraz w prosty sposób mogę zweryfikować
otrzymane informacje. Wtedy kierowaliśmy się intuicją, nosem. I mimo warunków,
w jakich pracowaliśmy, nie przypominam sobie jakichś większych wpadek.
Czy
redagując "BI" zdawałaś sobie sprawę z tego, jaką bronią się
posługujesz? Jak to traktowałaś w latach 70.?
-
Prawdę mówiąc, jako sposób na życie, który sama wybrałam. Do 1976 roku
bycie w opozycji było rodzajem towarzyskiej zabawy, spotykaliśmy się,
wymienialiśmy książkami emigracyjnymi i paryską "Kulturą" itp. W
1976 roku przeszło to bardzo naturalnie w akcję pomocy represjonowanym
robotnikom z Radomia i Ursusa, a potem w wydawanie prasy. Nie dziwiłam się, że
powstał "Biuletyn". Było to dla mnie oczywiste i oczywiste też było
to, że się tam znalazłam. Czy byłam świadoma tego, że ta broń przyczyni
się do obalenia systemu? No, chyba nie...
Rozmawiał Jan Strękowski
Współpraca Małgorzata Zaremba
Rozmowa ukazała się w dodatku do „Rzeczpospolitej”:
„Bibuła. Wolne słowo w Polsce 1976-1980”, Warszawa, czerwiec 2003.